Ambitni perfekcjoniści i idealiści, którzy mają twarde zasady. Projektują bezkompromisowo, wcielając w życie wartości wyniesione od najlepszych mistrzów zawodu. Rozmowa z Anną Lorens z Pracowni Lorens Architecture&Design.


 

Aleksandra Leszczyńska: Jak spotkały się Państwa drogi zawodowe i narodziła idea pracowni?

 

Anna Lorens: Pracowałam u śp. Stefana Kuryłowicza, Marek miał już swoją pracownię i ja także zaczęłam myśleć o założeniu czegoś autorskiego. Zrobiliśmy wspólnie kilka konkursów – zwykle tak sprawdza się, czy dobrze się z kimś pracuje. Jednym z pierwszych naszych wspólnych projektów był stół Cloud. Dziś mija już 8 lat od tamtego momentu.

 

Architekt to zawód powszechnie kojarzony z indywidualizmem. Jak pracuje się Państwu w duecie? 

 

Staramy się zachować „butikowy” charakter naszej pracowni i ustalać limit projektów – to już jest ten czas, kiedy możemy sobie na to pozwolić. W związku z tym oboje mamy możliwość w nich uczestniczyć. Niemniej to się dzieje dosyć organicznie. Nasze ścieżki zawodowe połączyły się w związku z tym, że nam się dobrze ze sobą pracowało. To jest oczywiście profesja, która wymaga pracy zespołowej i bez tej umiejętności to kompletnie nie działa, zwłaszcza przy projektach bardzo zaawansowanych. Choć oczywiście bywa różnie. Najwięcej tarć między nami jest w zagadnieniach związanych z samą architekturą. Kłócimy się, ale konstruktywnie oczywiście. Mówi się, że tam, gdzie jest dwóch architektów, tam są trzy zdania i to mniej więcej tak funkcjonuje. Niewątpliwie uzupełniamy się i napędzamy. Ja narysuję dwie kreski, potem Marek rysuje tą trzecią i nagle przychodzi nam do głowy, że może tam powinna być jeszcze czwarta i wszystko się płynnie spina. 

 

Studiowali Państwo na Politechnice Warszawskiej. Jak wyglądało zderzenie adeptów architektury z pierwszym inwestorem? 

 

Marek tuż przed dyplomem wyjechał na rok do Wiednia, gdzie pracował przy dużych budynkach pasywnych, potem wrócił i wyjechał jeszcze do Karlsruhe. Zdobywał doświadczenie w różnych pracowniach, ale też pracował w czasie studiów i myślę, że pierwsze wrażenie zostało stłumione przeżyciami związanymi z tym, że kompletnie zmienił środowisko życia i pracy.

 

To są studia, na których większość ludzi stara się pracować dosyć wcześnie, bo możliwości jest dużo. Ja przez wiele lat uczyłam rysować, potem robiłam różne mniejsze lub większe zlecenia. Nie było nigdy tak, że nagle usiadłam przy jakimś obcym biurku i spotkałam inwestora, zastanawiając się, co z tym teraz zrobić. Jeszcze w trakcie studiów pracowałam w pracowni Marka Szcześniaka. Współtworzył, wraz z moimi starszymi kolegami ze studiów, bardzo prężnie działającą i wówczas niezwykle prestiżową pracownię SDA. Zresztą Marek też pracował tam przez chwilę, ale nasze drogi wówczas się nie skrzyżowały. Jak te pingwiny na Antarktydę ciągnęliśmy do niej, żeby zacząć stawiać swoje pierwsze kroki w zawodzie. Marek Szcześniak rzucał nas na głęboką wodę, mówił: „dzwoń, rysuj, rób, co chcesz”. Można tam było nagle nauczyć się bardzo wielu rzeczy. Ja zostałam przyjęta i przez rok wspólnie z kolegą pracowałam nad niezbyt oszałamiającą, ale bardzo skomplikowaną rozbudową szkoły na Ursynowie. Nie wyszłam wtedy z pracy ani razu przed zachodem słońca i właściwie trochę nie pamiętam życia z tamtego okresu (śmiech). Pamiętam jednak, że któregoś dnia, już po dyplomie, pojechałam na tenże Ursynów coś załatwić, wysiadłam z samochodu i zobaczyłam tę szkołę, której nie widziałam przez cały ten czas. Wyglądała dokładnie tak samo, jak na moich rysunkach. Muszę powiedzieć, że poczułam ciarki na plecach. To było takie uczucie, jak kiedy widzi się kogoś, kogo się bardzo dobrze zna, natomiast za nic nie można sobie przypomnieć, kto to jest. Patrzyłam na tę elewację i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to moje. 

 

Niemniej, jako najważniejsze doświadczenie zawodowe i naukę zawodu, postrzegam pracę w pracowni Stefana Kuryłowicza. Tam, można było faktycznie pracować nad dobrą i piękną architekturą i zarazem dowiedzieć się jak przebiega proces: od projektu po realizację. Bardzo sobie cenię ten czas, a pracę tę wspominam z ogromnym sentymentem. 

 

Pracują Państwo w różnych skalach – projektują zarówno budynki, jak i wnętrza czy produkty. Czy często zdarza się Państwu komfort łączenia wszystkich tych umiejętności i projektowania zupełnie autorskiego, kompleksowego, od a do z?

 

Tak i jesteśmy najszczęśliwsi, kiedy możemy tak pracować. Nasza skala maksymalna to rzeczywiście są budynki, raczej nie projektujemy rozwiązań urbanistycznych, a w drugą stronę – nie projektujemy żadnych graficznych historii. Jesteśmy głęboko przekonani, że każdy powinien zajmować się tym, co robi najlepiej. Oczywiście zawód architekta jest multidyscyplinarny, niemniej, nie powinien zastępować innych specjalizacji i specjalistów. 

 

Meble są takim detalem, do którego i tak się doprowadza, projektując obiekt i wnętrze, a my w związku z tym, że jesteśmy architektami, a nie wnętrzarzami, kształtując obiekt, staramy się traktować go jak strukturę. Nie projektujemy domu jednorodzinnego, który ma swoje pokoiki, do których wstawi się kanapę czy stół. Staramy się proponować raczej wielofunkcyjny mebel, który jest jednocześnie ścianą, w której coś się przesuwa, czy mieszka. Unikamy traktowania obiektu jako skóry i wnętrza, co wymusza inne decyzje projektowe i daje inną perspektywę: obiekt musi działać jako jeden organizm uszyty na miarę, opracowany przez nas w jak największej ilości detali. A detal w architekturze jest niezwykle ważny. Rozwiązania na zewnątrz, które mają swoje powtórzenie w środku, może przy zupełnie innej funkcji, są bardzo dobrze odczytywalne w całości. My bardzo nie lubimy takich przestrzeni, które są jedynie umeblowaniem, stylizowaniem zupełnie innej architektury, żyjemy – użyję mocnego słowa – w pogardzie dla dekoracji i nigdy nie zaprojektujemy komuś art décowskiego stołu w klasycystycznej kamienicy, ani loftu w bloku. Zresztą jesteśmy znani z tego, że najpierw zaczynamy projektować wnętrze, a potem się okazuje, że wychodzimy gdzieś na zewnątrz, zaczynamy ingerować w tę strukturę, projektować  (coś przebudowywać, projektować, a tu schody, a tu okno) i w efekcie wszystko się zmienia.

 

Przed chwilą zamknięto wystawę Wreszcie we własnym domu w ramach festiwalu Warszawa w budowie. Czy mają Państwo własne spostrzeżenia dotyczące zmian w polskiej świadomości mieszkaniowej, stylu życia? Jak wpłynęły one na Państwa codzienną pracę z klientami? 

 

To jest bardzo ciekawe pytanie. Według mnie ta świadomość zmienia się wraz z nowymi możliwościami. Jeśli nie jest się kreatorem, a jedynie użytkownikiem, wyobraźnia jest podyktowana tym, co możemy zobaczyć i trochę tym, co możemy kupić albo o czym przeczytać. Wcześniej o wnętrzach pisało się mało i właściwie, jeśli nie wyjeżdżaliśmy za granicę, nie było skąd czerpać inspiracji. Sama pamiętam swoje zachwyty z czasów liceum, kiedy na wymianie studenckiej mieszkałam w pięknie urządzonym modernistycznym mieszkaniu w Berlinie, podczas gdy naszą świadomość budowała IKEA. Funkcjonowało przeświadczenie, że IKEA jest synonimem kreatywności, nowoczesności, teraz zaczyna się temu przeczyć. Jeśli ktoś chce mieć rzeczywiście designersko urządzone wnętrze, raczej IKEI unika albo wybiera przedmioty z limitowanych, designerskich serii lub takie, które nie mają jakiegoś wyrazistego charakteru.  

 

W Polsce, ale jest to też tendencja ogólnoświatowa, zrozumieliśmy, że nie budujemy na wieki. Że to nie jest tak, że wnętrza są urządzane tak, żeby starczyły do emerytury, ale że mogą mieć też trochę bardziej mobilny charakter, że możemy coś w nich zmieniać, przearanżowywać i czerpać z tego przyjemność, bo to jest element lifestyle’u. 

 

Z drugiej strony, przy całej świadomości tego, że nie budujemy na lata, pojawiła się świadomość kontekstu, wartości historycznej. Zdajemy sobie też sprawę, że jak zbudujemy dom czy mieszkanie, za jakiś czas ktoś być może będzie chciał je przebudować i architektura musi przyjmować różne zmiany. 

 

Jest formą otwartą, żeby przywołać ciągle inspirującą teorię Oskara Hansena.

 

Tak. Możemy jeszcze przywołać wystawę Hotel Polonia, kuratorowaną przez dr Jarosława Trybusia i Grzegorza Piątka, nagrodzoną Złotym Lwem na Biennale w Wenecji w 2008 roku. Pokazali na niej budynki, z którymi mogą się dziać różne rzeczy zupełne niezgodne z przeznaczeniem i zniszczenie architektury, która nie przyjmuje zmian, jest naprawdę przerażającą wizją. 

 

Bardzo dobrze, że przedmioty są tak projektowane, by móc je przetwarzać, przeformułowywać. Producenci sami zaczynają produkować materiały, które pozwalają zaangażować użytkownika do tego, jak działają. W ogóle hasło nomadyczne, mobilne jest teraz bardzo mocno eksploatowane i eksponowane. Zaczynamy zresztą funkcjonować coraz bardziej nomadycznie. Takie założenie, że dzisiaj jestem w Berlinie, jutro będę w Poznaniu, a mieszkam w Hamburgu, kiedyś było raczej rzadkie, a dzisiaj jest na porządku dziennym. Wnętrza muszą się dostosowywać do tej życiowej dynamiki. O tym, że proporcje w nich będą się zmieniały, mówiła Lidewij Edelkoort kilka lat temu i faktycznie to się dzieje. Przestrzeń domowego spa, łazienki staje się coraz większa, kosztem przestrzeni pustych, paradnych jak salon czy hall wejściowy. Kuchnia staje się laboratorium, a życie towarzyskie przenosimy raczej do kawiarni czy do klubów, w przestrzeń publiczną. Klienci raczej już nie pytają o przysłowiowy zestaw wypoczynkowy, choć projektujemy wciąż „rodziny” mebli, ale o różnych funkcjach.

 

W jakim kierunku Pani zdaniem będzie ewoluował zawód architekta?

 

Współczesny architekt musi biegle wdrażać jak najwięcej technologicznych rozwiązań i działać we współpracy z różnymi fachowcami. Branżyści także się zmieniają. Już nie jest tak, że to jest tylko inżynier budowy, konstruktor i instalator. Absolutną koniecznością według mnie jest dokształcanie się w różnych dziedzinach, myślenie szerokie, interdyscyplinarne, bardziej niż kiedykolwiek. Bo coraz bardziej przestajemy być artystami, a coraz bardziej stajemy się nie tyle nawet rzemieślnikami, ile ekspertami od różnych funkcji. 

 

Oczekiwania wobec architektury też się zmieniają. Dziś domami zarządzają systemy inteligentne. Architektura może zachowywać tradycyjny płaszcz, ale w środku może być czymś niesamowitym. Ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Coraz częściej chcemy integrować świat zewnętrzny z tym, co się dzieje w tej architekturze. Próbujemy wciągać ogrody do wewnątrz, tworzyć obiekty, które są miejscem pracy i przestrzenią do mieszkania, biura mające elementy spa czy fitnessu. Te wszystkie wątki są szalenie istotne. Badałam ten temat w zakresie niewielkiego, ale bardzo pojemnego zjawiska, które zostało nazwane przez antropologów biesiadnością. Napisałam doktorat na ten temat i dostałam nagrodę, która była wydaniem go jako książki, o tym, jak architektura i aranżowanie miejsc biesiadnych wpływa na to, że zaczynają przenosić wartości z obszaru kultury wysokiej. Architekci mogą kreować miejsca tak, by były takimi multifunkcjonalnymi przestrzeniami. Praca naukowa i praca ze studentami – wykładam m.in. na poznańskiej School of Form – miała i wciąż ma bardzo duży wpływ na to, jakim jestem architektem.

 

Co uznają Państwo za dotychczasowy największy sukces zawodowy?

 

Mam nadzieję, że ten największy sukces zawodowy jest przed nami. Mamy kilka projektów, które lubimy i które poczytujemy za jakiś nasz sukces, nie zawsze dlatego, że były spektakularne, raczej szczególnie trudne. 

 

Jednym z takich jest projekt wnętrz rezydencji ambasadora w Berlinie. Mieliśmy jedynie dwa tygodnie. Klient był właściwie zbiorowy i nie zawsze zgodny, więc musieliśmy być trochę negocjatorami, trochę mediatorami naszych pomysłów, a przy tym pracować w drastycznym tempie. Była to bardzo piękna przestrzeń, apartament w dzielnicy Mitte oraz część starego obiektu. Zależało nam na zachowaniu pięknego widoku (okna wychodziły na osiowe założenie) i trzeba było go wyeksponować przy jednoczesnym zachowaniu wszystkich wytycznych dotyczących bezpieczeństwa. Musieliśmy zastosować meble, które pochodziły z innych ambasad, a które nie do końca pasowały do naszej wizji, więc na przykład tapicerowaliśmy łóżko w ciągu 12 godzin. Tapicer przyjechał ze swoim staroświeckim stolikiem i maszyną do szycia Singera i kiedy ambasador wrócił w nocy, okazało się, że ma już zupełnie inny mebel. Jesteśmy z tego projektu zadowoleni, bo udało się pogodzić konwencje funkcjonowania tej przestrzeni, z tym, jak ma działać ta architektura i jaki jest dookoła niej kontekst. 

 

O jakich projektach Państwo marzą? Co Państwa fascynuje? Jakie zlecenie przyjęliby bez mrugnięcia okiem?

 

Naszym branżowym obiektem zainteresowania jest kształtowanie współczesnych biur i stół Cloud jest eksperymentem, który jest tego dowodem. Po kilku latach ciężkiej pracy udało nam się dostać na Salone del Mobile w Mediolanie. Występowaliśmy w ramach Workplace 3.0 – wystawy kuratorowanej przez Michela De Lucchi. Idea wystawy polegała na rozważaniach – w postaci produktów z komentarzem – na temat współczesnych przestrzeni pracy. Cloud wyjściowo był meblem do organizowania home office. Rozwinęliśmy go jako system, który właściwie nie jest już otwieranymi modułami, w pojedynczej chmurze, ale rodzajem biurowego ogrodu. Poza tym został wzbogacony o technologię (we współpracy z projektantem interakcji, Wiesławem Bartkowskim). Wieka modułów są zainstalowane na podnośnikach hydraulicznych i otwierają się zależnie od tego, jak zostanie to zaprogramowane w aplikacji na iPhonie. W Mediolanie, ponieważ są to targi, na których każdy stara się pokazać od jak najlepszej strony, wymyśliliśmy do tego historię. Pokazaliśmy go jako mebel, który będzie nam przypominał, gdzie coś schowaliśmy. Wyobraźmy sobie, że otrzymujemy fakturę, skanujemy jej kod kreskowy, w swojej aplikacji mamy spis faktur, a więc wybieramy konkretny plik w aplikacji, otwiera nam się to pudełko, w którym ona mieszka. W ten sposób stół może przypominać, żeby zapłacić fakturę za telefon, albo informować mnie, gdzie coś schowałam. Innymi słowy, stanowi nowoczesną formę segregacji powiązaną ze światem wirtualnym. 

 

Fascynuje nas szczególnie architektura hotelowa, wszystkie małe, nowoczesne piękne hotele, które są i obiektem i wnętrzem i przestrzenią, przez której pryzmat zapamiętuje się dane miejsce. Temat absolutnie fascynujący!

 


Anna i Marek Lorens: architekci, projektanci wnętrz i produktów, założyciele Lorens Architecture&Designwww.lorenslorens.pl

 

Od kilku lat z sukcesami prezentują się na światowych targach designu m. in. Ventura Lambrate w Mediolanie czy Ambiente we Frankfurcie. W 2015 zakwalifikowali się na największe targi branżowe na świecie: Salone del Mobile w Mediolanie w ramach Biennale Worplace 3.0. Są autorami systemu Garden Office – serii współczesnych, modułowych sekretarzyków, szeroko komentowanych i decenianych na świecie. Zrealizowali wiele prestiżowych projektów m.in. wnętrza rezydencji Ambasadora w Berlinie, czy Interaktywne Muzeum Państwa Krzyżackiego w Działdowie. Zostali uhonorowani licznymi nagrodami np. nagrodą kapituły Magazynu „Builder" Budowlana Firma Roku w kategorii Architektura.

 

Anna Lorens – doktor architektury (Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej). Wykładowca m. in. w School of Form w Poznaniu i w Katedrze Mody ASP w Warszawie. Laureatka 1 nagrody Fundacji Stefana Kuryłowicza, Grantu Center of Advanced Studies, Grantu Dziekańskiego.

 

Marek Lorens – Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej i T.U. Karlsruhe. Zdobywca Grand Prix w konkursie na otoczenie Pałacu Kultury.